Lasy rudzkie, pierwszy epicki wypad

·

, ,

Od początku roku Roch jeździł — w zasadzie — tylko dookoła komina. Nie było dalszych wypadów, ale były spory serwis rowerowy, który upewnił Rocha w tym, że rower jest gotowy do epickich wypadów. Co prawda zostały jeszcze do wymiany opony, ale jeszcze „chwilę” muszą pojeździć stare gumy. Pisząc „chwilę” Roch ma na myśli kilka dni, a nie tak jak było z suportem, dwa sezony. Jednak i bez opon Roch załapał się na całkiem solidny wypad i dystans, po którym spodziewał się śmierci, a okazał się całkiem znośnym pedałowaniem. Na pewno nie lekkim, ale też nie było jakichś kryzysów. I wszystko to, w okolicach Rud.

Rudy, bo tak się nazywają, mieszczą się w woj. Śląskim (a jak!), w powiecie raciborskim, a w okolicy jest też miejsce, które nazywa się Kuźnia Raciborska, którą mogą kojarzyć Czytelnicy z największego pożaru lasu w Polsce (a może nawet w Europie). Szczegóły można poczytać, na przykład, na Wikipedii: Pożar lasu w nadleśnictwie Rudy Raciborskie. Wybór nie był przypadkowy z kilku powodów. Po pierwsze, Młody miał wypad na kolejny BMX on Tour, po drugie, Roch miał być w Warszawie, podczas wypadu Młodego na BMX on Tour, ale nie zdążyłby wrócić, a po trzecie zapowiadało się spotkanie klasowe, choć Roch nie napisze, że „po latach”, bo powoli staje się ono spotkaniem corocznym.

Początkowo plan był na 50 kilometrów, ale Roch miał jeszcze do odebrania Młodego z BMX on Tour i nie mógł sobie pozwolić na spóźnienie. A od miejsca pedałowania do miejsca zbiórki miał on 30 minut jazdy, więc musiał wziąć to pod uwagę, planując kolejne kilometry. Już na samym początku Rocha dopadła wizja wiecznego podjeżdżania pod górę, bo od startu — spod parkingu przy Parku Klasztorno-Pałacowym — czuł, że jedzie pod górkę. I tak było, bo licznik też pokazywał, że kreska ciężko się wspina, ale końca nie było ani widać, ani czuć.

Jednak po osiągnięciu szczytu trochę się wypłaszczyło. Na tyle, żeby Roch złapał oddech, wyhamował zawał i przestał przeklinać jakieś jeżdżenie na rowerze, bo „kto to widział, można było siedzieć w fotelu, a nie jeździć na rowerze”. Później było już tylko lepiej; były odcinki z górki, a nawet całkiem równy asfalt, który dawał sporo frajdy, jednak na końcu asfaltu, ktoś wpadł na pomysł, żeby zrobić tam przepust(?), na którym Roch prawie połamał koła i ledwo co uszedł z życiem i godnością.

Dalsza trasa to już bajka, fajny szuterek i — co najważniejsze — równo. Niewielkie podjazdy, raczej nie robiły na nim wrażenia, a reszta drogi przyjemnie płaska, takie gravelowe premiumy. Był nawet asfalt w lesie, który prowadził ulicą Barachowską. I tam też był pierwszy — i jak się później okazało — jedyny odpoczynek, podczas którego Roch wciągnął żel energetyczny i batonik (też energetyczny). Jednak nauka nie poszła w las i przed wyjazdem, Roch zjadł śniadanie, całkiem solidne, bo parówki zrobiły robotę i pewnie dzięki nim Roch nie skończył w jakimś przydrożnym rowie, konając z wycieńczenia.

Jeśli już jesteśmy przy jedzeniu, to Roch poza żelami energetycznymi i batonikami (po dwie sztuki) miał jeszcze szota z magnezem i kabanosy. Tak, po raz pierwszy Roch zabrał kabanosy do nerki i miały służyć jako ostatnia deska (pętko?) ratunku. Jednak nic takiego się nie stało. Roch dał radę przejechać całe 48 kilometrów. Choć nie obyło się bez chwil, w których zastanawiał się, za ile mógłby sprzedać rower. Jednak nic takiego nie będzie miało miejsca. Roch już planuje kolejny wypad, choć tym razem w swoich okolicach, ale o tym będzie jeszcze czas napisać.

Podsumowując wypad do Lasów Rudzkich, Roch chce napisać, że warto było. I w sumie może polecić tę trasę innym, a trochę zmodyfikowana i „urodzinniona” wersja jest dostępna tutaj: Lasy Rudzkie — całodniowa wycieczka dla całej rodziny. Na plus na pewno Roch zalicza to, że zjadł śniadanie, miał zapas picia i wspomagacze na wszelki wypadek. To spory postęp, że nie wychodzi z domu na głodnego, ale je całkiem fajne śniadanie. To dało mu spory zapas energii, a żel i baton dowiozły go do miejsca powrotu. Szot magnezowy też wszedł, ale to głównie z powodu hektolitrów kawy, którą Roch w siebie wlewa. Kolejny plus to licznik z nawigacją, który po raz pierwszy sprawdził się w warunkach bojowych. I nie, nie jest to Garmin, ale o tym Roch chce napisać w osobnej notce.

To był dobry start w nowy sezon — Roch nie zajechał się, ale też nie tłukł się przez pół województwa nadaremno. Spoko dystans, dobry i urozmaicony teren, no i przygotowany rower. Nowe klocki — choć na początku nie dotarte — zrobiły robotę, a wymieniony suport spowodował, że korba nie ocierała o przednią przerzutkę. Na minus jedynie brak kondycji, ale to się wyrobi na takich właśnie wypadach. Dobrze zaplanowanych i jeszcze lepiej przejechanych. Oby takich więcej. Na zakończenie mapka, bo warto się pochwalić:

Roch pozdrawia Czytelników.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *